W pustyni i w puszczy, rozdział 14, str. 3

94 I rzeczywiście Arabowie, którzy przyłączyli się do karawany, niezbyt obawiali się pogoni. Jechali wprawdzie z wielkim pośpiechem i nie żałowali wielbłądów, ale trzymali się blisko Nilu i często nocami skręcali do rzeki, by napoić zwierzęta i nabrać wody w skórzane worki. Czasem ośmielał się zajeżdżać nawet w dzień do wiosek. Dla bezpieczeństwa wysyłali zawsze naprzód na zwiady
kilku ludzi, którzy pod pozorem zakupów żywności dowiadywali się,
co słychać w okolicy, czy nie ma w pobliżu wojsk egipskich i czy
mieszkańcy nie należą do wiernych „Turkom”. Jeśli trafili
tłumaczenie angielski na ludność
sprzyjającą tajemnie Mahdiemu, wówczas cała karawana zjeżdżała
do wsi – i często zdarzało się, że opuszczała ją zwiększona o kilku
lub nawet kilkunastu młodych Arabów, którzy chcieli także uciekać
do Mahdiego. Idrys dowiedział się też, że prawie wszystkie oddziały egipskie stoją od strony Pustyni Nubijskiej, zatem po prawej, wschodniej stronie Nilu. Żeby uniknąć spotkania się z nimi, należało tylko trzymać się lewego brzegu i omijać znaczniejsze miasteczka i osady.

Przysparzało to wprawdzie dużo drogi, albowiem rzeka począwszy
od Wadi-Halfa tworzy olbrzymi łuk, który schodzi daleko ku
południowi, a potem skręca znów na północny wschód, aż do Abu-
Hammed, gdzie przybiera już zupełnie południowy kierunek, ale za
to ten lewy brzeg, zwłaszcza od oazy Selima, prawie wcale nie był
strzeżony, droga zaś upływała Sudańczykom wesoło wśród
zwiększonej kompanii, przy obfitości wody i zapasów. Minąwszy trzecią kataraktę przestali się nawet śpieszyć – i jechali tylko nocami, ukrywając się we dnie wśród piaszczystych wzgórz i wąwozów, którymi cała pustynia była poprzecinana. Rozciągało się teraz nad nimi niebo bez jednej chmurki, szare na krańcach widnokręgu, w środku wydęte jakby olbrzymia kopuła, ciche i spokojne. Z każdym dniem jednak upał, w miarę jak posuwali się na południe, czynił się coraz straszliwszy i nawet w wąwozach, w głębokim cieniu, żar dokuczał ludziom i zwierzętom. Noce natomiast były bardzo chłodne, roziskrzone od migotliwych gwiazd tworzących jakby mniejsze i większe stadka. Staś spostrzegł, że to już nie są te same konstelacje, które świeciły nocami nad Port-Saidem. Marzył on o tym nieraz, żeby kiedy w życiu zobaczyć Południowy Krzyż – i wreszcie ujrzał go za El-Orde. Ale obecnie blask jego zwiastował mu tylko nieszczęście. Świeciło im także od kilku dni co noc blade, rozpierzchłe i smutne światło zodiakalne, które po zgaśnięciu zórz wieczornych do późnej godziny rozsrebrzało zachodnią stronę nieba.

2008-10-15 11:27:18